środa, 5 września 2012

Odrobina prywaty ;D

Prywaty boooo? Otóż "bo".
Stresor mnie ogarnął przeokropny. Dziecko chodzi już do drugiej klasy, nie chce być odprowadzane pod salę, nie chce żebym poszła z nią, nie chce bo "mamo tego już nikt nie robi..."
No to skoro nikt to nikt, nie będę taka... ale serce mnie boli.

A teraz coś na poprawę humoru - mojego rzecz jasna...
Pudełko to jeszcze praca zlotowa, wybłyskania lakierem, aż uniemożliwia zrobienie przyzwoitego zdjęcia. Sama jestem sobie winna ;D. Dodatkowo uczyłyśmy się robić transfery. Mój wyszedł tak sobie, zatem trzeba go było podrasować farbą. W takim zbliżeniu wygląda średnio ale jak sobie stoi spokojnie...





No i nie mogę zapomnieć o cukiernicy. Wyłudzona od jednej miłej Pani, dziś do niej wróci (wyłudzę kolejną cukiernicę więc nie ma kłopotu ;D)
Zdjęcia jak zawsze mojego autorstwa.





Niewiele ostatnio czynię rękodzieła, jakoś mi brak... no właśnie nie wiem czego. Zgłosiłam się na konkurs na moim forum, wzięłam również udział w zbiorowym ozdabianiu pudełka - z przeznaczeniem na szczytny cel. Czekam na efekt końcowy, bo do tego było więcej chętnych. Zdjęcia na pewno będzie można obejrzeć na www.decoupage24.pl



sobota, 18 sierpnia 2012

Viva la pizza!

To mały krok dla ludzkości... ale dla celów żywieniowych mojej rodziny to ogromny przełom! Nauczyłam się bowiem i dopracowałam już niemal do perfekcji ciasto do pizzy!
Samo ciast nie jest jakoś szczególnie skomplikowane jeśli chodzi o składniki i produkcję, ale pieczenie! To jest dopiero zabawa!
Oglądając brytyjskie, ogłupiające nieco programy kulinarne "do poduchy" zauważyłam, że jeden pan miał kamień do pizzy wyglądający jak płytka ceramiczna podłogowa. Niewiele myśląc dnia następnego poszłam na strych, odwaliłam masę szpargałów i wydobyłam płytkę takową o wymiarach 33*33 cm z gresu polerowanego. Poza tym, że jest śliczna sama w sobie to jeszcze wytrzymuje bardzo wysokie temperatury i szoki termiczne(np. polanie gorącej zimną wodą). Więc zanim wyrobiłam ciasto umyłam ową płytkę, wstawiłam do piekarnika i włączyłam na full. Następnie zabrałam się za ciasto i farszyk do niej. Sosy też.
Zagniecione i rozwałkowane ciasto położyłam na gorącą nagrzaną płytkę i pojszłam robić sos. Po dosłownie 5 minutach ciasto wyglądało jak pita! Puszyste i puste w środku, przebite oklapło, ale za to po odwróceniu na drugi bok można już było pomalować sosem, nałożyć farsz i serek, i co tak kto jeszcze lubi, i z powrotem do pieca.
Upiekła się rewelacyjnie!!!!!! Mega cieniutkie, chrupiące ciasto i farsz i sos czosnkowy! po prostu delicje!!!
Przepis na ciasto jest mało skomplikowany, można zrobić od razu na dwa dni. W lodówce może sobie poczekać do jutra.
A wiec:
około 1/2 kg mąki (ja lubię tortową - tą z Biedronki)
1/3 kostki drożdży świeżych albo opakowanie suszonych
2 łyżki oleju
1 łyżeczka przyprawy do pizzy w proszku
sól, pieprz, woda, cukier

Mąkę wsypać sobie do naczynia, dodać przyprawy, olej, wodę. Osobno rozrobić drożdże z 1 łyżeczką cukru, jak już pokażą się bąbelki na ich powierzchni można przelać do mąki, zarabiać jak kto lubi - robotem albo ręcznie. Odstawić na trochę do podrośnięcia, podzielić na 2 lub 3 porcje i piec na kamieniu albo płytce podłogowej. Można też na blaszce jak ktoś ma opory, żeby jeść z podłogi.
Podpieczone ciasto posmarować sosem pomidorowym kupnym lub własnoręcznie poczynionym.

Sos pomidorowy:
1/2 słoiczka przecieru pomidorowego,
2-3 ząbki czosnku,
przyprawa do pizzy, sól, pieprz, odrobina cukru.
Przecier wymieszać ze zmiażdżonym czosnkiem, dosmaczyć przyprawami i gotowe.

Na farsz do pizzy nadaje się to, co lubimy, nie ma ograniczeń (chyba?)

Sos czosnkowy zamiast ketchupu (rewelacyjna alternatywa zwłaszcza jak ktoś przesadzi z ostrą papryką)
2 - 3 łyżki majonezu,
3 - 4 łyżki jogurtu naturalnego albo śmietany (co kto woli)
sól, pieprz, odrobina cukru na smak
4 - 5 ząbków zmiażdżonego czosnku.
Wymieszać, schłodzić jak jest czas i zajadać!

A teraz idę, bo mam w garnku dżem o smaku pomarańczowo - figowym z cukinii. Trzeba to do słoików powkładać.

niedziela, 12 sierpnia 2012

Przy niedzieli.

Tak się jakoś złożyło, że dawno nie byłam na "pchlim targu". A teraz mamy nowy, taki bez opłaty za wstęp... Sporszy i "f ogóle". Rewelacyjna atmosfera i jak w każdym takim miejscu mydło i powidło. A wiec: niemiecka i angielska chemia (zdecydowanie lepsza niż nasza), ciuszki i firanki "od chińczyka", odzież używana, meble i inne dobra z wystawek UE. Zakochałam się w krzesłach, jednak zdecydowanie nie na moją kieszeń - niestety..., i w maszynie do szycia... i paru innych przedmiotach.
Zakupiłam za to po targach i negocjacjach szybkowar Fissler Vitavit Royal. Model rzekłabym de lux. Zadowolona jestem bo ten stary już nieszczelny jest, ostatnio poza wyciekami jeszcze buchał.
I papierową walizkę za 3 zł jednemu wstrętnemu "panu" spod reki kupiłam. Sprzedająca była tak miła, że aż wstyd żeby się tak zachowywać. Wiec on się licytował a ja podeszłam i zapłaciłam. I tyle, znaczy jeszcze spłonęłam w ogniu piekielnym, ale warto było.
Walizkę przeznaczę na CANDY, ale to jeszcze nie teraz. Muszę ją ubrać i oporządzić.
Tak więc dzień uważam za udany.

środa, 18 lipca 2012

Zlot, urlop i morze , no i może coś jeszcze...

Najpierw był długo oczekiwany, nie tylko przeze mnie zlot forumowy. Poznałam masę ogromie fajnych, miłych i sympatycznych dziewczyn i nawet chłopców. Była masa zabawy, nauka nowych rzeczy, wymiana doświadczeń i serwetek... Szaleństwo napojów i przekąsek.
Te dwa dni minęły tak szybko, a tak wiele się wydarzyło!



Byłyśmy "oznakowane" do celów identyfikacyjnych... ale tak naprawdę była to jeszcze jedna zabawa!
Masa pyszności stała sobie w niewielkiej odległości od naszego poligonu, cobyśmy sobie jedzenia nie zapaskudziły farbą i klejem ;D
Każda z nas dostała "swoje" materiały do obróbki i do dzieła!
Prace dziewczyn były przepiękne!! Moje nie odstawały aż tak jak się tego spodziewałam. Były tylko "nieco inne" :D


moje są na tym zdjęciu tylko te dwie... pudełko z domkiem i zaraz za nią ta "świńska" bransoletka. Obydwie moje prace otrzymały głosy w konkursie na najciekawsze prace: skrzynka drugie i "świntucha" trzecie. Byłam bardzo szczęśliwa bo wiecie... tyle pięknych prac!

A potem urlop z małżem i dzieckiem nad morzem. Pogoda dopisała! Dosłownie! Dla innych padał deszcz i wiał wiatr, nie można się było opalać i plażować. A ja oddychałam, odpoczywałam i było cudownie!



A coś jeszcze? Może to, że w drodze powrotnej zajechaliśmy do Ewki "z lasu". Jest na kolejnym etapie remontów. Tytułem tego dostałam piękną przedwojenną kanapę. Muszę ją "tylko" sobie odnowić. Nowe obicie i trochę lakieru. Kanapa przyjedzie do mnie w ciągu tygodnia, razem z biurkiem dla Marysi i krzesłem Thonet. Udane wakacje nie?

sobota, 30 czerwca 2012

Odliczanie i coś jeszcze.

To odliczanie to wiadomo... do czegoś dobrego zazwyczaj. No więc (nie zaczynając zdania od "no więc") ja odliczam do zlotu dekupażowego. Ło matko! już się doczekać nie mogę. Jak dziecko...
W tak zwanym międzyczasie było zakończenie roku szkolnego. Uchetałam się jak dzikie zwierze... Mam w sobie coś takiego, co lubi orać. Zwłaszcza na ostatnią chwilę. Wiec orałam. Niemniej jednak rok szkolny zakończony został sukcesem. Marysia dostała świadectwo "z czerwonym paskiem". Wiadomo, że w pierwszej klasie takowe nie istnieje, ale jakież to wyróżnienie, kiedy się odbiera to świadectwo na uroczystym apelu... Z rąk dyrekcji, wśród innych prymusków.Generalnie fajne uczucie, zwłaszcza jak się własnego nie odbierało w ten sposób ;(
A więc wracając do meritum: jadę na zlot, najpierw jednak zaszczycę swoją przemiłą osobą krewnych małża (jakżeby inaczej mogli odebrać nasz nalot?), podejrzewam, że po zlocie zrobię jeszcze nalot na stolarnię tejże rodziny...
A potem nad morze! Matko jak ja dawno nie widziałam morza! Pół życia!!
I krew mnie dzisiaj zalała!!! Robiłam trunek na zlot! Mój ukochany likier wiórkowo-kokosowy zwany potocznie wiewiórkówką (nazwa własna). Mleko skondensowane mi się ścięło!! Wygląda jak kwaśne mleko ze starych dobrych czasów. Obrzydliwie! Smaku nie straciło ale walory estetyczne wpływają na smak... przynajmniej u mnie! Grrrr


A no i mamy nasze pierwsze ogórki małosolne w tym roku... poezja...

poniedziałek, 4 czerwca 2012

niedziela, 3 czerwca 2012

Łowca - decydujące starcie.

Dzisiaj Łowcą było moje dzieciątko. Zawody zorganizowane na łowisku PZW w Sierpnicy, Marysia brała udział intensywnie, nie tylko łowiła (bezowocnie) ale też brała udział w zbiorowej konsumpcji kiełbachy z grilla, konkursach i zabawach. Obłowiła się w prezenty i nagrody. Wędka, spławiki, żyłki i haczyki a także tajemnicze urządzenie do wyciągania rybie haczyka z paszczy. No i ogromna radość! Mamo! Wygrałam piękną wędkę!!! Teraz Ci mogę pożyczać bo ty nie masz...