W tak zwanym międzyczasie było zakończenie roku szkolnego. Uchetałam się jak dzikie zwierze... Mam w sobie coś takiego, co lubi orać. Zwłaszcza na ostatnią chwilę. Wiec orałam. Niemniej jednak rok szkolny zakończony został sukcesem. Marysia dostała świadectwo "z czerwonym paskiem". Wiadomo, że w pierwszej klasie takowe nie istnieje, ale jakież to wyróżnienie, kiedy się odbiera to świadectwo na uroczystym apelu... Z rąk dyrekcji, wśród innych prymusków.Generalnie fajne uczucie, zwłaszcza jak się własnego nie odbierało w ten sposób ;(
A więc wracając do meritum: jadę na zlot, najpierw jednak zaszczycę swoją przemiłą osobą krewnych małża (jakżeby inaczej mogli odebrać nasz nalot?), podejrzewam, że po zlocie zrobię jeszcze nalot na stolarnię tejże rodziny...
A potem nad morze! Matko jak ja dawno nie widziałam morza! Pół życia!!
I krew mnie dzisiaj zalała!!! Robiłam trunek na zlot! Mój ukochany likier wiórkowo-kokosowy zwany potocznie wiewiórkówką (nazwa własna). Mleko skondensowane mi się ścięło!! Wygląda jak kwaśne mleko ze starych dobrych czasów. Obrzydliwie! Smaku nie straciło ale walory estetyczne wpływają na smak... przynajmniej u mnie! Grrrr
A no i mamy nasze pierwsze ogórki małosolne w tym roku... poezja...