Od wielu lat namiętnie (no może to trochę za duże słowo ;D ) hoduję fiołki, te takie zwykłe kupowane w marketach na rożne dni matki i babci...
Miałam je od zawsze w wielkim poważaniu bo przy minimum umiejętności i uwagi dawały piękną i długotrwałą dekorację, kilkakrotnie miałam parapety zastawione fiołkami równocześnie kwitnącymi... Od dwóch lat jednak nie kwitły wcale, wszystkie siły kierując ku rozmnażaniu - które to notabene odpracowały solennie i intensywnie.
Rozdałam kilkanaście całkiem nieźle ukorzenionych "szczepek" sobie zostawiając "tylko" kilka...
a to co zobaczyłam dzisiaj rano :)